Excerpt for Alexandreis by Irena Żukowska-Rumin, available in its entirety at Smashwords

***~~~***



ALEXANDREIS


Irena Żukowska-Rumin


Smashwords Edition


Copyright 2012 Irena Żukowska-Rumin

www.irenazukowska.eu



***~~~***


KAMIENNY KWADRAT


Szliśmy do tego miejsca jak do źródła wody żywej

Minęliśmy krzyż na rozstajach od morowego powietrza strzegący

Niosła nas droga asfaltem po bruku polana

Kłaniały nam się domy drewniane ze skrzydłami okiennic

Ale nie witał nas sad pełen jabłoni grusz i śliw wielorakich

Samosiejki jesionów ciasno w korę odziane

Pięły się gęsto ku niebu pośród przepychu chwastów

Wykwitu szczawiu końskiego

Pierwszego lekarstwa na rozstrój żołądka

Łopianu o rzepie czepliwym inaczej łopuchu

Zdrewniałych łodyg lebiody z uporczywym nasieniem

Ostów uschniętych nie mniej kłujących

Pokrzyw wzrostu mężczyzny chętnie sięgających twarzy


Nie było ścieżki do sadu zapachu owoców

Trzmieli i os i trzymania się od nich z daleka

Pszczół ciężkich od miodu w koszyczkach odnóży

Zupełnie nie było

Gdzie się podziały maki i dynie

Słonecznik o nodze kolumny antycznej

Groch cukrowy fasola w rozmaitych odmianach


Przyjęła nas stodoła mała i sczerniała

Od deszczu i czasu z kieratem pośrodku

Zęby szczerzącym zwanym maneżem

Z widłami grabiami cepem rodzimym nunczaku

I kosą z kabłąkiem do żniwa gotową


Depcząc zielsko znaleźliśmy kamień

Szlifowany piaskowiec stopień do sieni

Niemy świadek stóp wielu, zelówek, fleków i kaloszy

Przesiadywania w czas letni wieczorny ostrzenia noży

Otworzył przed nami kamienny kwadrat

Figurę jak koło doskonałą

Na niej zrąb domu się wspierał

Tych których już nie ma


Weszliśmy do sieni pachnącej uprzężą

Drewnem bali rozgrzanych w słońcu

Szynkami w spiżarni beczkami ogórków

Słojami konfitur i kiełbas z gorczycą

Pachniał czosnek i warkocze cebuli

Kwiat konwalii na chore serce

Miody lipowe, gryczane i z wrzosu

Wszystko to wiodło nas na pokuszenie


Kuchnia z piecem olbrzymim i ogniem huczącym

Stołem pełnym jadła i muchomorem w mleku moczonym

Na uporczywość much, o których pisano już dawno

Rozpoznaliśmy pośród kamieni i pokój

Z obrazem myśliwskim i Świętą Panienką

Kasetonowe drzwi otwarliśmy raźno

Do sypialni gdzie w łożach bufiasta pościel

Jak morski odmęt kusiła


Ludzi nie było zupełnie. Stali na ganku

Patrzyli pogodnie przed siebie

Małżonkowie ze starej fotografii

Sepia której twarze zatarła

Winna latorośl na nich spływała

Istna secesja linii motywów

Kwitły bzy pospolite w tych stronach


Szliśmy do tego miejsca jak do źródła wody żywej

W gęsty napór chwastów samosiejki jesionów

Nic tu po nas jak nic i po tych

Co wyszli stąd nie na chwilę


****


ALEXANDREIS


Z tej perspektywy widać jak na dłoni

Nic się nie da poprawić ani słów odmienić

Mosiądz klamki pamięta ciepło mego ciała

I ze zdjęć patrzę przeważnie uśmiechnięty

Kształt mój trwa w butach rękawach odzieży

Na półkach dawny porządek strzegących

Oto łyżka moja i miejsce przy stole

Oto dom moją ręką wzniesiony i drzewa

Szczepione dla miąższu soczystych owoców

Poniewiera się stary motocykl i rower bez koła

I chodzą po świecie synowie moi

Czyż dlatego przyszedłem na ziemię


Odkrywszy śmiertelność czyż nie powinienem

Kazać sporządzić odlew mojej ręki

Jak to czynili niektórzy rzeźbiarze

Sobie samym albo innym artystom

Mówiono by wówczas oto ręka

Chwytająca się każdej pracy

Nieźle władająca piórem

Głaszcząca dzieci po jasnych główkach

Oprawiająca schwytane zwierzęta

Wznosząca domy wycinająca koła zębate

Naprawiająca maszyny swego wieku i starsze

Naprawdę była to ręka

Niepospolitego człowieka


Któż mój kształt odgadnie ze starych fotografii

Ze zbutwiałych marynarek i koszul w kratkę

Szkoły przed którą stoję nie ma już dawno

I przyjaciele moi odeszli w niepamięć

Zanurzony w ziemi jest mój wychowawca

I duchowny wydatnej postury

Wyjechali na Wschód w trzaskające mrozy


Oto ja jestem pośród obcej mowy

Uciekam przed nalotem jak mówiono dywanowym

Chcą się zapaść pod ziemię przyjaciele moi

I ci co przywieźli mnie tutaj boją się tak samo

Jakiś fotograf nacisnął migawkę

Można go nawet nazwać bohaterem

Aby nas ukazać leżących pokotem


A oto żona moja pracowita i piękna

Która poza mną świata nie widziała

Zdejmuje ze stołu upartego kota

Który się układa między talerzami

Czyż mogłem wiedzieć że swoje wdowieństwo

Niosła będzie do późnej starości


I oto proszę zdjęcia z pogrzebu

Leżę spokojnie ja ruchliwy bardzo

Śpiewają mi pieśni ubrani w żałobę

Jak ja śpiewałem moim rodzicom


Byłbym więc tylko małym ogniwem

Pomiędzy galerią przodków zdobiącą ściany

Z ich przenikliwym spojrzeniem szeroko otwartych oczu

I synów moich co swoją poszli już drogą

Po to mnie tu przysłano


Żadne to pocieszenie życie

I nauczanie jak je nieść godnie

Kosmos nad tobą trwa nieogarniony

I w tobie dudni miliardem komórek

Miałeś być inny, być poszczególny

A nie jak kurz jakiś co chwilę wiruje

W słonecznym promieniu mrocznej sypialni

Dla takich powodów mnie urodzono


Słabe to pocieszenie, że śmierć mam za sobą

Że żona wciąż niesie pamięć mego głosu

A łyżka moja spoczywa w szufladzie

W haft serwetki jak święta wtulona

Dla takich powodów rozbłysłem przez chwilę

By odejść stąd nagle jak i ci przede mną


****


TERENCJUSZ


Z twarzą na wschód zwróconą bez należnego przyklęku

Jaki przystoi chwili modlitewnej

Śpiewam pieśń zmiłuj się Panie

Zmiłuj się Panie nade mną


Zmiłuj się z wielkiej Twojej miłości

Dla zesztywniałych kolan i palców pokrzywionych

Głosu starczego jak buczenie trzmiela

Zmiłuj się Panie nade mną


Nie tak to wszystko przecież być miało

Niosły mnie nogi przez liczne bezdroża

Jeszcze dziś słyszę skrzypienie butów

I takt wybijany pośród musztry w twierdzy

Ja starzec blisko stuletni


A przecież mogłem umrzeć w dzieciństwie

Wszak szyto już mi śmiertelną koszulę

I sprowadzono duchownych

Do ostatniej posługi


Mogłem zginąć w czternastym roku

Gdy biegnąc strzelałem w powietrze

Jako człowiek uczony aby nie zabijać

I ci co biegli naprzeciw mnie

Z bagnetem nabitym i kulomiotem

Musieli być ludźmi bogobojnymi

Gdyż minęliśmy się w biegu

Nie czyniąc krzywdy sobie nawzajem

Mogłem też umrzeć na suchoty

Jak ci których leczyłem w niewoli

Kości ich spoczywają wokół Szprotawy

Z połową blaszki zwanej nieśmiertelnikiem


Mogłem nie powrócić z Rosji dalekiej

Gdzie odnalazłem swoich bliskich

I kryłem po lasach w ucieczce do domu

Żywiąc się tym co popadło


I mógł mnie wysłać do Buriatów Pawłow

Za uporczywą niechęć do kołchozów

I pieśni o człowieku jakoby wiecznie żywym

Z rudą bródką pod nie moją flagą


Teraz u progu kolejnego wieku

Powinienem wiedzieć po co te meandry

Wędrówka ze wschodu na zachód

Z zachodu na wschód i z powrotem

Naprawdę za nic miałem te wojenne harce

Zapach skoszonej trawy, kwitnące łubiny

Trzask łamanej pod stopą gałązki

Przedkładałem ponad wszelką historię

Nie chciałem z nią mieć do czynienia


Teraz u progu kolejnego wieku

Starzec prawie stuletni

Powinienem znać odpowiedź

Czyż byłem tylko odtwórcą jakiejś dziwnej roli

Co wpisywała moje życie w ponury tok dziejów

Czy prowadzono mnie wszędzie tam specjalnie

Gdzie garbił się wiek dwudziesty

Czy to ja grałem czy też mną grano

Porywając moje dzieciństwo, młodość i dojrzałość

Ludzi których znałem i oswojone miejsca

Powinienem znać odpowiedź

Jak człowiek, który doświadczył przemijania

Głoszonych szczęśliwości za cenę wsparcia

Tej lub tamtej gromady i rezygnacji

Z osobistego smakowania świata

Naprawdę powinienem znać odpowiedź

Dlaczego przeszedłem pieszo pół Eurazji

I czy świat jest lepszy niźli go zastałem


Zanim mnie ziemia w twardy uścisk przyjmie

Jako starzec powinienem służyć doświadczeniem

Zmiłuj się Panie na wschód śpiewam zwrócony

Minęły dni z lat mi przydzielonych,

A Wschód Twoje imię.


****


KSENIA


Proszę wycieczki oto życie moje

Według najnowszej sztuki ułożone

W sali pierwszej rodzina krewni i znajomi

Dziad Józef na oparciu bryczki

Prychają konie. Babcia z wysokiego ganku

Powiewa chustką i ociera oczy

Dalej rodzice zanim się poznali

Sarmacki wąs ojca krótko ścięte włosy

I warkocz matki jak stwór jakiś żywy

Okala głowę złocistą koroną

A tutaj my dzieci specjalnie przystrojone

Kokardami w gonitwie za motylem

Który uciekł z kadru


W sali tej nuty oraz słowa pieśni

O przechodzeniu Wisły chłopcach malowanych

Co przybyli napoić swoje konie

I wojence jakiejś dziwnej pani

Za którą idą jak żywe pochodnie


Wiersze tu krążą o znaku moim o krwi i bliźnie

O dzieciach co się dziwią podczas drogi

O modlitwie na wzgórzu o powrót taty

O strzaskanych płytkach synagog

O nierzucaniu ziemi i mowy


Tu sala ognia broni i lęku

Gwizdów kul jak węża syczenie

Schylania karku w szaleńczym biegu

Do leja po bombie co dawał schronienie

A tutaj proszę wiszą moje suknie

W chronologii dzieciństwo starość

Bufki rękawów szczypanki karczków

Dekolty łódka i karo

Klosze i kliny i kontrafałdy

Gabardyny rypsy wełenki

Tafty atłasy batysty

Jedwabie żorżety kretony

I lny tkane na krosnach w czas wielkopostny


A oto sala ogromne akwarium

Co mieści ryby z rzek i mórz odległych

Rozmaitych sadzawek i stawów

A więc są ryby wyjęte z niewodu

Karpie świąteczne z łuską złotawą

Którą się nosi w portfelu

Drobne płotki, ościste karasie

Piskorze trudno śmiertelne

Szczupaki o smaku którego słowo nie udźwignie

Raki surowe prawie całkiem czarne

Ławice śledzi morszczuków i fląder

Pląsają beztrosko jakby w jakim wierszu


Dalej znajdziemy drób w dobrze wyważonej ilości

Koguty o barwach z głębi tajemniczych dżungli

Białe gąsiory pełne puchu i pierza

I trochę kaczek i indyków ale bez przesady

Uwijają się pieczone prosięta

Z jabłuszkiem rajskim w ryjku otwartym

A potem szynki wędzone w kominie

Drewnem olchowym z dodatkiem jałowca

Połcie grubo solonej słoniny

Jakieś dziki i sarny o wilgotnym oku

Wszystko się tłoczy na sporej przestrzeni

Tę salę mój Boże można by pominąć

Bo naprawdę nie ma się czym chwalić

Że taki tu panuje układ i porządek

Stoją tu rzędami z ciała i krwi stworzeni

Co przeszli przez stół mój i żołądek

I ta strona życia jest moim udziałem


Ponieważ galopem świat pędzi i cwałem

Jak pisało już wielu przede mną

I nawet ławka, co stoi i ta galopuje

Poza świat istniejący w jakimś kierunku ku czemuś

A spoza chmur śledzi nas Kustosz Odwieczny

Więc proszę wycieczki muzeum w wierszu

Co świat ochrania bezpowrotnie przepadły

Gdy się wydaje że wszystko stracone

Że mrok ciemność zawieja i zamieć

Ma nad tym pędem panować

I dawać nadzieję na pamięć


****


LEONCJUSZ


Wstyd wygonił mnie z łóżka gdzie spałem w ubraniu

W kisłym za moją sprawą zapachu pokoju

I szedł od stóp poprzez klatkę do głowy

Którą schylałem nisko aby nie napotkać

Wzroku dzieci ni żony

Krzątających się przy śniadaniu


Stawiano talerze chleb razowy krojono

Podawano ser świeżo spod prasy wyjęty

Plastry pomidorów ze skórką jeszcze miejscami zieloną

Nie było widać wczorajszego bałaganu

Przewróconych krzeseł szkła rozbitego

Pustych butelek jedynie korki z szyjek wyciągnięte

Jak krwią stół znaczyły odrobiną czerwonego laku

Tego samego którym tłoczono królewskie rozkazy

Herbowe pieczęcie i sądowe roty


Ale i oni wstydzili się bardzo

Mówili grzecznie i szeptem a to to a to tamto

Jakby zdarzenie sprzed kilku godzin

Nie miało miejsca albo stało się za ich przyczyną

Czuliśmy się winni zarówno ja jak i oni

I nie patrząc sobie w oczy jedliśmy śniadanie

Mieliśmy tę sekwencję dobrze już sprawdzoną

Bo miała miejsce nie po raz pierwszy ni ostatni


A przecież po stokroć w duszy przysięgałem

Że unikać jak ognia będę tej słabości

Dzieci wszak rosły a żonę

Ponad życie kochałem

Nie szczędziłem jej jednak słów

wąskich ostrzy noży po odjęciu od szmergla


Mówię słabości bo dam sobie rękę uciąć

Że nie można tego nazwać inaczej

W żadnym wypadku nie dam się zaliczyć

Do zgrai smutki topiącej a to w samogonie

A to w wódce kupowanej pokątnie

Wprawdzie wynosiłem to i owo z domu

Zawsze jednak z wyższej konieczności

Co poświadczyć mogą moi druhowie

Których nigdy nie miałem mało


Podziwiać wszak mogli domy przeze mnie stawiane

Nawet gdy grunt był niski i podchodził wodą

I trzeba było wbijać dębowe bierwiona

A potem układać głazy granitu

Z domieszką miki czasami pod bale

Co się miały dopiero w zrąb domu przemienić


Bale to już inna historia zupełnie

Trzeba je było jesienią pośród lasu wyśledzić

Sezonować w cieniu i ręcznie obrobić

Wciągnąć na kobylice i pilnie uważać

Jak piłę tracką prowadzić naprawdę nie każdy

Do takiej roboty się nadał

I mało kto wie jakiej sztuki trzeba

Bez koniecznego w takich razach rysunku

Pomysł co się w głowie jedynie narodził

W zrąb przemienić przyszłego domu

Ściany zawęgłować kołkować twardzielą

A przecież czekał mnie jeszcze dach

Belki krokwie łaty i jętki

Deskowanie wzorzyste szczytu

Dla tajemnej gry światła i cienia

Naprawdę snycerska to jest robota

I mogli wziąć pod uwagę podłogi na felc

Okiennice prawdziwe uskrzydlenie domu

I fryz ozdobny dla ukrycia zaciosu

Dachu pokrycie gontem albo dranicą

Ze świerka co sęków unika

A przecież jeszcze pakuły pomiędzy bierwiona

Żarłoczność kołatków spuszczeli trzeba mieć na uwadze

Co drąży chodniki w budulcu iglastym


W żadnym wypadku nie powinienem się wstydzić

Głowa moja nie może być od parady

Cóż znaczy ta słabość choć się przytrafia

Jak period jakiś natrętnie

Tak mówię o tym nie mówiąc ni słowa

Podczas całego śniadania a złość we mnie narasta

Ukradkiem patrzę na dzieci moje

Jak to się stało moim są udziałem

W ich żyłach ja płynę po stokroć nieodrębny

To dopiero jest nie do pojęcia


Zmęczony budową co się w głowie stała

Wychodzę chyłkiem jak zbity pies

Co przypada do ziemi krok po kroku skrada

A wie że mu nie wolno


****


IGNACY I HANNA


Postawiono nas razem w jednym miejscu i czasie

Jako męża i żonę. Szliśmy zdaje się pod górę

Niosąc pamięć naszych przodków, dzieciństwa i dorastania

Powoływaliśmy się na nią w razie konieczności

Gdy trzeba było użyć argumentu lub poświadczyć

Jaka droga jest dobra i sprawdzona

Gdyby przyjrzeć się nam z góry

Jak to czyni się nieraz stojąc nad mrowiskiem

Widziałoby się jedynie bieganinę

Bez ładu i składu i nie dostrzegłoby się

Igliwia w twórczej pracy ułożonego

W zadziwiającą konstrukcję

Współdziałania i nieustannej wymiany


Mówiłam do niego Ignacy zaginął klucz do szuflady

Trzeba zdjąć odzież z wysokiej półki

Zupełnie nie mogę sobie poradzić

Wołałem ją Hanno moja Hanno

Syn nasz łka zanosi się płaczem

Za nic nie mogę go ukoić

Zaśpiewaj mu jedną ze swoich kołysanek

Której rytm jest jak bicie twego serca

Jak falowanie brzemiennego brzucha

Podczas monotonii stąpania

Sprowadza sen na spłakane oczęta.


Rodzice moi niekoniecznie byli radzi

Że ja Ignacy syn Jakuba i Marii

Biorę sobie ciebie Hanno za żonę

I obiecuję miłość i uczciwość małżeńską

A przecież wiedziałem, że tak być musi

Odkąd ujrzałem cię podczas nabożeństwa

Zatopioną w modlitwie jak przed końcem świata

Odkąd poznałem jak pachną twoje włosy ujęte

W gruby jasny warkocz osuwający się po karku

Falujący w rytm kroków


Był to zapewne ten z zawrotów głowy

Co przysłania rozum i na żer wydaje

Słodkiego uczucia. Nie traciłem przecież z oczu

Jak bardzo jesteś pracowita i pomyśleć mogłem

O wychowaniu naszych dzieci co się począć

Miały dopiero za czas jakiś


Rodzice moi cieszyli się że to ja Hanna

Jedyna córka Łukasza i Elżbiety

Biorę sobie ciebie Ignacy za męża

I obiecuję wierność i że cię nie opuszczę

Wiedziałam tak się stanie odkąd

Wracając z nabożeństwa spojrzałeś w moją stronę

Odkąd witałeś się z moim ojcem

Jak ze swoim własnym całując go w rękę.


Było to zapewne co ludzie zwą miłością

Nie mówiło się jednak o tym nadto

Są takie sprawy które potrzebują milczenia

Co najwyżej można było rumienić się na dźwięk twojego imienia

A spuszczając głowę zmierzyć się z twym wzrokiem

Patrzyłam też przecież na twe sprawne ręce

Które się nie bały żadnego wyzwania i na umysł żwawy

Co do mojego przystawał jak ulał


Postawiono nas razem jako męża i żonę

Szliśmy drogą tych co szli przed nami

Nie odkrywaliśmy nowych lądów

Pielęgnowaliśmy jednak to co zwą tradycją

Wielkanocne poranki wieczerze wigilijne

Zasypialiśmy z poczuciem właściwego rozłożenia rytmu

Miedzy pracą a odpoczynkiem

Klękając dziękowaliśmy za przeżyty dzień

Ze wszystkich dni nam darowanych

Nie byliśmy wolni od lęku

Nad nami szumiała historia niosła ludzi na wojny

Wyganiała z domów w stronę śmierci

I gdyby popatrzeć na to z góry

Na to ludzkie mrowisko i ognie piekielne

Trudno byłoby dostrzec jakiś ogólniejszy zamysł

Tak samo boski jak i ludzki

Mówiliśmy wówczas do synów naszych

Nie zważajcie na to chłopcy dom trzeba odbudować

Napisać nowe książki posklejać nadpalone karty starych


Nie należeliśmy do tych, co się przepychają

Krzyczą nerwowo oto my patrzcie na nas

Wiedzieliśmy jednak, że czasami robi się sporo hałasu

Aby później iść już spokojnie bez zamieszania

Szum może niepokoić doskwierać harmider

Jeśli się jednak uprze pośród przepychanek

Wyłowi się to co wartościowe


Teraz stoimy w miejscu można je nazwać

Jednakowo Wyjściem i Wejściem

I jakoś trudno nam się pogodzić, że po półwiecznej wędrówce

Podziwianiu tych samych drzew w sadzie

Przetaczających się ponad głową chmur

Wieczornych lektur

Musimy je przekroczyć osobno


****


AGATA, CZYLI ZAKLINANIE OGNIA


Pieśń niosła się ponad sadzawką Jordan

I ponad rzeczką pełną traszek i kiełbików

Za dnia pląsających w rozlewiskach i brodach

Z mgłą płynęła na pobliskie mokradła

Chybotała w pobliskich sadach i ogrodach


O bukiecie chabrów śpiewał harmonista

I o Oli przebitej kindżałem

W ramionach jak w szlachetnych futrach

Tańczyliśmy w świetle księżyca

Skrzypiały deski w rytm naszych kroków

I umierał pośród dźwięków rudy perkusista


Aż nagle krzyknięto gore Boże gore

Łomotano do okien ze snu wyrywano

Rzucano do wiader siekier i bosaków

Bieganina gwałtowna z ubieraniem po drodze

Przenoszeniem dzieci w nocnym rozespaniu


Przęsła płotów jak długie się kładły

W łoskocie siekier okrzykach i płaczu

Kobiet ratujcie konie ratujcie konie

Te prowadzono na wpół oszalałe

Za grzywy i uzdy w workach na głowach

Żaden malarz nie widział takiego obrazu


W skrzypieniu żurawia wiader brzęczeniu

Psa odciągano od budy płonącej

Drób w koszach niesiono i gęsi za szyje

W syren wyciu i podbiegach i wrzawie


I Florian z wiecznego czuwania

Przy dzwonnicy drewnianej popod listowiem

Wraz z strażakami w kaskach bił na alarm

I w płomienie się rzucał zwyczajnie jak święty


I gdyby spojrzeć na nas

Okiem księżyca, który patrzy od zawsze

A już na pewno w takiej opowieści


Może dałoby się objąć tę bieganinę

I wiatr huczący i szczapy smolne

Ponad dachami i ponad Puszczą

Zupełnie nic nie dało się zrobić


Dawać tu zaklinaczy ognia wołano

Zaklinaczy dawać w tej chwili

Ale Justyn zwany Żeliwnym

Dla licznych płatów skóry brązowej

Odprysków polewy na garnkach

Nie żył był od czasu jakiegoś

Starą Tatianę o stopach szerokich

Jak płetwy foki uchatki

Przegnała synowa to o niej

Można byłoby pisać baśnie

Gdyby to był wiek dziewiętnasty

I tylko Agata była pod ręką

Dawać Agatę wołano dawać Agatę

Zwleczono z barłogu i w mig rozebrano

W mężczyzn odwróceniu stosownym

I trzeba ją było widzieć z kołtunem

jak garb po plecach skaczącym

Z brzuchem zapadłym i wyschłą piersią

Obiegającą po trzykroć płomienie

Przechodzącą przez głownie z Najświętszą Panienką

W ramionach chudych jak jesienne badyle

Niechaj się schowa Achilles i Hektor

Wszak tej nocy to nasza Troja

Biła w niebo ognistym dymem.


I wiatr był ucichł i nikt nie zawracał

Sobie głowy co dalej z Agatą

Pogorzelisko tliło zaledwie, mówiono jeszcze

To to, to tamto, że czas się rozejść

Znikano w ciemnych czeluściach domów


I harmonista był się obudził

O Oli śpiewał przebitej kindżałem

O bukiecie który wpadł do wody

I tuż przy sadzawce bił pałkami w księżyc

Rudy perkusista


****


SYMCHA, CZYLI POGANIACZE GĘSI


Zjawiał się Symcha przed pierwszym

przymrozkiem. Z kijem krzywym jak pastorał

szedł od domu do domu

na podwórkach witały go kobiety

w jasnych fartuchach i chustkach

a była to chwila nadzwyczaj szczególna

czas zapłaty za letnią mitręgę.

Witał je dwornie bądź pozdrowiona

żono Stefana żono Leona i prowadź.

I już był pośród białego stada

kijem chwytał za szyje przyciągał

puch rozdmuchiwał badając skórę

czy dobrze tłuszczem podbita.


A potem znikał na długie kwadranse

w czeluściach domu z gospodarzem

mrukliwym oby żył wiecznie

co niechętnie się każdej sztuki pozbywał.


A myśmy stali spokojnie przy furtkach

czekając. Dzień jutrzejszy

miał przecież należeć do nas.

I skoro był nastał o świcie

wyganialiśmy gęsi farbą na grzbietach

znaczone. Rozmokły gościniec widział nas zbrojnych

w solidne kije i torby parciane

z chlebem na drogę.

Biegły za nami psy w swoim fachu

od lat wyćwiczone. Niektórzy z nas

nieśli buty inni szli w łapciach

ale większość zwyczajnie boso.


Wychodziły za nami kobiety i dzieci

aż na rozstaje rogiem chustki łzę ocierając

nie dane im było zapomnieć wiosny

złotych kul gąsiąt karmienia grochem

gęsi sykliwych jak węże całego świata

pasania nad rzeką zgarniania z sadzawki

na nocleg przed lisem i kuną domową.

I stały długo wzrok przysłaniając

przed słońca obręczą niemrawo wschodzącą.


Ustawiwszy się w szyku jakiego dziś nie zna

żadna opowieść o czasach minionych

pędziliśmy stado wsie omijając

to polną drogą z taflami kałuż

w których się niebo niedbale topiło

to skrajem lasu rozkisłym zagonem

ze szczecią nieśmiałą ozimin

gospodarz wybiegał z oddali wygrażał

słów w gęganiu dosłyszeć nie sposób

psy ku niemu ruszały zajadłe brzuchami

po błocie jak za zwierzyną.


I tak pohukując trzaskając w kije

z oczu nie tracąc wzeszłych ozimin

i szatkujących je gęsi szliśmy dzień za dniem

a wieczorami paliliśmy ognie mur

nieprzebyty dla niegardzących gęsiną.


Szliśmy dzień za dniem my poganiacze

pilnując gęsi jak oczu w głowie

od przemoczenia ciążyła nam odzież

pękały pięty od grudy przemarzłej.


Trzeba nas było widzieć idących

z kijami w dłoniach czapkami na bakier

pozdrawiające nas strachy na wróble

pól pilnujące od siewów wiosennych

traciły resztę rezonu


Gdy kurty nasze samodziałowe

sztywne od deszczu grube od błota

wisiały na nas ruchome namioty

gdy torby nasze parciane puste

podeszwy nasze zrogowaciałe

gdy gęsi nasze wiorst syte w nadmiarze

białe strumienie w uliczkach

miasteczka gdzie domki drewniane

twarzyczki dzieci w kwadratach okienek

zjawiał się Symcha niech Bóg da wam zdrowie

panowie moi i dzisiaj i zawsze

i jak za zboże płacił nam poganiaczom.

Chwalił gęsinę mięso wyborne

na sto sposobów na stół podawane

bo weźmy szyjki przemyślnie nadziane

ze złotą skórką co tłuszczem opływa

a w zębach trzeszczy albo gęsinę

w żeliwnej brytfannie i gęsi smalec

bo weźmy pierzyny poduszki i kołdry

co ciału boską wygodę dają

a gęsie skrzydła motyla muśnięcie

w pasiece przy pszczół omiataniu.

No nie naprawdę my poganiacze

nie mieliśmy przecież do tego głowy.


Trzeba nam było wyruszyć na przełaj

zanim ziemia mrozem w bryły nie zwiąże

nocą kałuże zanim się zeszklą

trzeba nam stanąć u swoich domów.

Żegnaj Symcha niech Bóg da ci zdrowie

aż w jakimś wierszu spotkamy się znowu.


****


CHUTOR


Wiozły nas konie rasy sokólskiej

W kłębach pary i dzwonkach janczarów

Mocne i krępe do pracy nawykłe

Przy zwózce drewna zrywce wykrotów

Barwne pompony skakały po grzywach

Uprzęży świątecznej ogony związane

W supły przyciężkie równo przycięto

Przed nami w bryczesach sukiennych

W ciężkim kożuchu na dąb wyprawionym

Z batem bogatym w liczne pompony

Tnącym powietrze miast zadów i grzbietów

Dodawał fasonu stojąc w rozkroku

Woźnica co znał okoliczne chutory


Po obu stronach kłaniały się świerki

Pod ciężkim śniegiem onegdaj spadłym

W koronach sosen konarach niemałych

Grał wicher odwieczny mieszkaniec


Niosły nas sanie ręką artysty

W ornament zdobne motywy kwiatów

Wyjęte wprost z makat narzut i krosien

Żon naszych i matek i w ogóle kobiet

Co czasu nie szczędząc i gardząc nim

Gdy pusty przemija biegłości rąk swoich

Dają zajęcie jak gdyby wstydem było

Nie robiąc nic odpoczywać


Za nami biegły dwie koleiny

Po płozach drewnianych metalem podbitych

Ślady kopyt półksiężyce podków

z drobnym krzyżykiem hufnali


Niosły nas sanie w teren otwarty

Gdzie mróz trzymał tęższy bo wiatr się wzmagał

I przesypywał złociste śnieżynki

Jak piasek po jakiejś pustyni

Uciekały od zgiełku stadka kuropatw

I zające samotne ponad którymi

Unosił się jastrząb zwiadowca śmiertelny

Latem tu rosły rozległe łubiny

Wąsate jęczmienie kłoszące się żyta

Patrzyły radośnie chabry ku niebu

Pięły powoje pachnące nadzwyczaj

Południce się snuły półnagie dziewczęta

Parobków po miedzach śpiących

Pocieszycielki swawolne


Zanim ujrzeliśmy chutor psy nas zwietrzyły

I biegły ku nam ujadając zawzięcie

Bobiki Burki na łapach krótkich

I krzywych jak po chorobie angielskiej


Chutor wyłaniał się spoza zasp śnieżnych

W bieli cały jak na obrazach sprzed wieku

Dachy skrzyły się słońcem a ponad nimi

Dym jak drzewo do nieba wyrastał


Koniom podano w torbach parcianych

Obrok z solidną domieszką owsa

Stukając mocno na ganku drewnianym

Szurając miotłami z brzozy

Otupywaliśmy nadmiar śniegu z obuwia


Sień obszerna i pusta jedynie w kącie

Chroniła drabinę strych wskazującą

Żółciła się świerkową podłogą

Widać na nasz przyjazd umytą starannie


W kuchennym piecu buzował ogień

I można było zdjąć kożuchy i rzucić

Na kufer zdobny w ornament i kwiaty

Jakby żywcem z naszych sań przeniesione


Ciotka Nata kobieta obszerna

Może bardziej niż ta z Wilendorfu

I wujek chudy jak szczapa

Uśmiechali się do nas szeroko


Na baraninie kapuśniak podano

Usta parzący dla ucieczki przed łojem

Z kartoflami gęś zapiekaną

I chleb powszedni z mąki pytlowej

A potem ciasta i konfitury

Z leśnej jagody z owoców z sadu

Suszone gruszki śliwki w kompocie

O smaku któremu nie podoła słowo


Zdmuchnięto lampy choć trwały rozmowy

Do piania kogutów nocne i długie

Gdy na siennikach wypchanych słomą

Pod pierzynami jak brzuch wieloryba

Na wyspy szczęśliwe nas niosło


I śniło nam się napadli nas zbójcy

Nikt wcześniej o nich nie słyszał przed światem

Za nic mieli pacierze dziecięce

Pokradli konie rasy sokólskiej

Chutor spalili jak dym się rozwiał

I nikt nie widział go więcej


I czasem tylko miechy harmonii

Opowieść tęskną o chutorze niosły

O chabrów odwiecznych oczach

Na spalenisku wyrosłych


###


Download this book for your ebook reader.
(Pages 1-32 show above.)